Dawno temu w roku 2009 lecieliśmy do meksykańskiego Cancun przez lotnisko w Newark, USA. Wymyślono, że aby przetransferować się trzeba posiadać amerykańską wizę. Nie tam 24 godzinną, chwilową, transferową. Normalną. Za pełną opłatą. Najlepiej na 10 lat. Do dzisiaj mam przed oczami widok wystrojonego pana w podeszłym wieku, który razem z wymalowaną niczym kamienica na Starym Mieście żoną dosłownie błagał urzędniczkę o wizę. Człowiek przyniósł akty własności mieszkań, zdjęcia dzieci i wyciągi z kont bankowych, aby przekonać panią w okienku, że naprawdę wróci do tej Polski i on chce tylko do Las Vegas i Indian Wells, aby zobaczyć wielki kompleks kortów tenisowych – bo to jego marzenie. Mam nadzieję, że mu się udało. Pani Konsul nie mogła wówczas uwierzyć podczas rozmowy z nami, że nic nas w jej kraju nie zatrzyma, my tylko chcemy zabrać walizki polecieć dalej.

Minęło prawie dziesięć lat i stało się trochę dziełem przypadku, że USA pojawiło się jako kierunek wyjazdu. Żaden sen o Ameryce, ani takie tam opowieści o przygodzie życia. 1. Wiza kończyła się za rok. 2. Przyszedł mail, że przepadną mile w liniach lotniczych i można je wykorzystać na zakup biletów do Nowego Jorku lub Chicago. W zimie NYC nie wyglądał na kuszącą propozycję ponadto już w nim byłem, więc padło na leżące po środku niczego Chicago. Krótkie pobyty w Stanach, transfery, zakupy nie sprawiły, że staliśmy się wielkimi fanami kraju Wujka Sama. Umocniły jedynie nasze sceptyczne podejście do “najwspanialszego kraju w tej części galaktyki”. U nas zima to wymyśliliśmy, że jedziemy na Zachodni brzeg – pochodzimy, pooglądamy krajobrazy, zobaczymy miejsca przewijające się jako niekończące motywy w amerykańskiej filmografii na przykład San Francisco. Dlatego z Chicago wykupiliśmy przelot do Las Vegas I rozpoczęliśmy napięty grafik naszego trzy tygodniowego tourne.

Zdradzę na wstępie, że pierwsze spostrzeżenia, obserwacje i wrażenia nie uległy znacznym modyfikacjom. Zaskoczyły nas pozytywnie krajobrazy i parki narodowe w których faktycznie można się zakochać. Takiego zróżnicowania nie spotkaliśmy nigdzie – jedzie się przez pustynię, a po godzinie mija wysokie na kilka metrów hałdy śniegu licząc na to, że droga nie została zamknięta do wiosny z powodu opadów śniegu. Piękne małe wioski z kolorowymi domami na tle ostrych, zaśnieżonych gór sprawiają że zwalnia się, żeby przyjrzeć się przydrożnym skrzynkom pocztowym o fantazyjnych kształtach, a kilometr wcześniej stały rozpadające się kontenery z dykty otoczone walającymi się śmieciami. Z drugiej strony w naszych oczach USA to kraj absurdów, sztucznego prestiżu za który płaci się potężne pieniądze – jak za zaniedbane hotele wielkich marek w centrum Chicago, zapuszczonych domów na Manhattanie w których mieszkanie oznacza wysoki status społeczny, pomimo, że tynk odpada właścicielom ze ścian i w wielu przypadkach Europejczycy nie skusiliby się na taki standard. System kard niekompetentnych ludzi, wśród których nieliczne wybitne jednostki pchają wszystko do przodu. Ludzi, którzy mają swój styl życia i opracowują wielkie rzeczy, ale pracownik stacji benzynowej będzie umiał nalać paliwo jedynie do diesla, a benzynowego samochodu nie obsłuży bo przeszedł tylko szkolenie na “kierownika obsługi pojazdów z napędem diesla”. Ma na to certyfikat. Benzynę można kupić jutro jak będzie drugi pracownik – taki mamy system. Oczywiście trochę przesadzam, ale niewiele.

W skrócie: piękne krajobrazy, dziwne społeczeństwo (z perspektywy Europejczyka) i obrzydliwe jedzenie (chociaż lubię BigMaca). Warto dodać, że wyjazd to długie godziny siedzenia w samochodzie z przerwami na zwiedzanie. Jednak głownie siedzenie. Jak nawigacja podaje, że 500 km będzie się jechało 8 godzin to tak będzie. Nic się nie przyśpieszy. Wszystko dobrze wyliczone. Blog nie będzie zbyt rozwlekły z racji braku większej interakcji z ludźmi, a skupieniu się na parkach i krajobrazach, tudzież fatalnym systemie oznaczeń dróg/ich remontów/sezonowych niedostępności.

Nasz plan: Ruszyliśmy z Chicago lotem do Las Vegas, wypożyczyliśmy samochód i objechaliśmy Dolinę Śmierci, dalej w kierunku Wielkiego Kanionu i Horseshoe Bend, oraz pięknego kanionu Antylopy zahaczając o zaporę Hoovera. Parki Narodowe Zion oraz Bryce i pętla z powrotem przez Las Vegas do Kalifornii do parku Yosemite i San Francisco z przejazdem dalej przez trasę Big Sur z powrotem do San Francisco (z powodu zamkniętej trasy) do Joshua Tree Park Reserve i Las Vegas. To tak w skrócie. Zdecydowanie nie wszystko wyszło tak jak planowaliśmy. Spędziliśmy za kółkiem kilkadziesiąt godzin więcej niż planowaliśmy. Wiele rzeczy na zaskoczyło o czym nie było wzmianek na blogach, przewodnikach, nigdzie.

Startujemy z Chicago. Nie sugerujcie się datami na blogu. Żeby utrzymać najstarszy post na górze bloga ma on najstarszą datę, a ostatni post najnowszą.